Zacznijmy od początku. Po powrocie z wakacji, o których przeczytacie w najbliższych postach na moim blogu DesignOfLifestyle, miałam dwie doby na wypranie rzeczy, odwiedzenie bliskich w rodzinnym mieście, spotkanie się z przyjaciółką (najważniejszy punkt) i dopakowanie upranych i dokupionych jeszcze rzeczy.
W nocy po powrocie z wakacji (gdyż wróciliśmy około godz. 21) wstawiłam 3 prania, jedno po drugim, co skutkowało rozwieszonym praniem po całym mieszkaniu, wilgotnością jak w tropikach i wszechobecnym zapachem płynu do płukania, następnie rano przed wyjazdem wstawiłam czwarte pranie, wywiesiłam i byliśmy gotowi żeby pojechać do domu.
W domu spędziłam łącznie trochę ponad dobę i musiałam przed wyjazdem powiedzieć do wiedzenia wszystkim dziadkom, zwierzakom, rodzicom i siostrze. W między czasie zdążyłam nawet odwiedzić fryzjera, co przy moim stanie końcówek było już dawno wskazane.
Wróciliśmy do Warszawy około godziny 21, a przede mną wciąż było dopakowanie i spotkanie z przyjaciółką(A). Na szczęście wymyśliłyśmy to tak, że A przyjedzie do mnie i trochę mi pomoże w pakowaniu razem z D. i wszystko uda mi się ogarnąć i odhaczyć za jednym razem.
Pakowaliśmy mnie do godz, około 2 w nocy, upychaliśmy jak się dało, a zimowe i grubsze rzeczy pakowałam w osobną torbę podróżną (tak żeby były w jednym miejscu i żeby D mi przywiózł grubsze, na wymianę za cienkie letnie rzeczy). Dzięki temu upchnęłam absolutne minimum w moje walizki. A miałam limit bagażu 32 kg w dużym bagaży rejestrowanym i 15 kg w dużym podręcznym. Niestety do mojej dużej walizki przy jej maksymalnych możliwościach zmieściło się tylko 27 kg, a do podręcznego 13 kg, więc gdybym miała większą walizkę zmieściłabym jeszcze 10 kg rzeczy, a przynajmniej 8 do rejestrowanego. Pożegnałyśmy się ze łzami w oczach i A pojechała do siebie.
O 3:15 mieliśmy pobudkę, wstaliśmy trochę z zapasem, bo ja chciałam się wykąpać, a poza tym sprawdzić czy wszystko spakowane, wzięte i czy na pewno niczego nie zapomniałam. Na lotnisko Chopina podjechaliśmy Uberem.
Około godz. 5 rano na lotnisku szłam żwawym krokiem, wkurzona, smutna, wystraszona i niewyspana, aż tu nagle ktoś mnie klepie po ramieniu, odwracam się a A czeka na mnie z pięknym prezentowym pudełkiem. Nie mogłam w to uwierzyć, bo przecież pożegnałyśmy się o koło 2 w nocy, byłam wzruszona i szczęśliwa, że mam taką A i że zawsze o mnie pamięta. Nie odpakowując pojedynczych prezentów schowałam je (a raczej wcisnęłam gdzie się dało) do walizki i kolejny raz ze łzami w oczach wyściskałyśmy się na pożegnanie, a my po chwili udaliśmy się na kontrolę bezpieczeństwa, a następnie do gate'u.
Wylot do Bergamo Orio al Serio mieliśmy o godz 6:20, a lecieliśmy Wizzair'em. Lot trwał około 1 godz. 40 min, podczas lotu podziwialiśmy piękne Alpy, gdzieniegdzie widać było jedynie czubki gór przebijające chmury - widok niezapomniany, szkoda, że żadne zdjęcie nie potrafi tego oddać. Na szczęście obyło się bez turbulencji, a obsługa była super.. ;)
Po wylądowaniu przesiedliśmy się we Flixbusa i po 3 godzinach wysiedliśmy w Trento.
Wylot do Bergamo Orio al Serio mieliśmy o godz 6:20, a lecieliśmy Wizzair'em. Lot trwał około 1 godz. 40 min, podczas lotu podziwialiśmy piękne Alpy, gdzieniegdzie widać było jedynie czubki gór przebijające chmury - widok niezapomniany, szkoda, że żadne zdjęcie nie potrafi tego oddać. Na szczęście obyło się bez turbulencji, a obsługa była super.. ;)
Po wylądowaniu przesiedliśmy się we Flixbusa i po 3 godzinach wysiedliśmy w Trento.
Poniżej widać pierwszy widok jaki ukazał się moim oczom po opuszczeniu autobusu. wow <3
Następnie mieliśmy dość 300m do hotelu B&B w którym mieliśmy 2 noce. Hotel nowoczesny, w standardzie IKEA, czysty kolorowy i przestronny.
W hotelu rozpakowałam prezenty od A i ze łzami w oczach przeczytałam własnoręcznie zrobioną karteczkę(!) i obejrzałam, spróbowałam i założyłam od razu całą resztę prezentów, wyjętych z pudełka na lotnisku. <3
Poniżej wstawiam kilka zdjęć z hotelu, spaceru i pierwszej pizzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz